Hello!

Poszliśmy na rodzinny spacer wokół jeziora.

A. jechała swoim powozem, Z. stosowała autonogi, co cieszyło nas niezmiernie. I tak spacerowaliśmy sobie, mijając innych spacerowiczów i uśmiechając się promiennie w zwyczajowym nadjeziornym powitaniu. Szli obok nas mali i duzi, grubi i chudzi, stadnie, jak i pojedynczo, jednak pewna szczególna para zwróciła ogromną uwagę Z. W pewnym momencie minęła nas Azjatka wraz z naszym rodzimym współtowarzyszem. I mówili… w innym języku! Z. była zadziwiona, słysząc to. Przysłuchiwała się im i raz za razem ze zmartwioną miną odwracała się do nas, mówiąc:
– Nie umiem…

W końcu fascynująca Z. para zauważyła, że młoda się im uważnie przygląda i podeszli do niej. Bardzo miła pani ukucnęła przy Z. i zaczęła do niej mówić:
– Hi! How are you?
Z. ze smutną miną rozkładała rączki, powtarzając, że nie rozumie i nie umie. Zaczęłam więc tłumaczyć, czym owo „Hi!” czy późniejsze „High five” jest. Z. była zachwycona. Miła pani po chwili jednak musiała iść. Z. się zmartwiła. Patrzyła za nią smutnym wzrokiem. Para zniknęła nam z oczu, a młoda spacerowała odtąd już powoli, obmyślając najwyraźniej coś bardzo ważnego.
Zaczęłam jej więc tłumaczyć, że pani mieszka w innym kraju, mówi innym językiem, po angielsku i że ona też się kiedyś się nauczy tego języka. Jednak nie wierzyłam zbytnio w to, że Z. pojmie, o czym mówię. Przecież ma trochę ponad 2 lata. Pogadałam, pogadałam, Z. nadal szła ze spuszczoną głową kilka kroków za nami.

Nagle podbiegła do mnie.
– Mama! Haj! Umiem!

I w ten sposób spacer stał się doskonałą okazją do nauki. Z. nauczyła się angielskiego. Gdy odkryła, że potrafi powiedzieć „Haj”, próbowała dogonić miłą panią, niestety się nie udało. Ale nauka w las nie poszła!

Dom dzieciństwa

Znów się przeprowadziliśmy. Ja po raz 11, M. po raz 6, Z. po raz 3, A. po raz 2. Dobrze nam idzie. Swoiści nomadowie. Ale co poradzisz, jak nic nie poradzisz.

Ta przeprowadzka jest jednak inna. Wyjątkowa. Swoisty powrót do przeszłości. Zamieszkaliśmy w domu po moich dziadkach, w domu, w którym spędziłam pierwsze lata swojego życia.

To tu przyjeżdżałam na rowerze w wakacje. To tu zbudowałam pierwszy domek na drzewie. To tu, w imię niespełnionej miłości kuzynki i sąsiada, oberwałam całe drzewo z liści w środku lata. To tu na strychu czytałam książki. To właśnie to miejsce przychodzi mi na myśl o dzieciństwie.

Dziś moje dzieci biegają po tym samym podwórku, po którym ja biegałam. Śpią w tym samym pokoju, w którym ja spałam przez wczesne lata dzieciństwa. A ja siedzę przy stole, który mój dziadek w latach 40. przywiózł z Ukrainy w czasie repatriacji, zaglądam przez okno na trzy szalone owce biegające po podwórku i jestem szczęśliwa.

Mieszkam w mojej Arkadii.

Kocham tańczyć w śniegu!

Dzień jak co dzień.
Postanowiłyśmy iść na kala, czyli na spacer. Nikt nie wie, dlaczego spacer to kala. Tak czy inaczej, chodzimy na kala. Aby iść na kala, należy założyć kuki, papi, kili bu. Dla nieznających zuzkowego śpieszę z wyjaśnieniem, że chodzi po prostu o kurtkę, czapkę, szalik i buty. Następnie tak samo należy ubrać Alę i mamę. Przy Ali można jednak pominąć bu. Gdy każdy jest gotowy, należy przygotować wózek, a mianowicie do koszyczka pod siedziskiem włożyć jedzenie dla kaczek, chusteczki higieniczne, chrupki kukurydziane i ręczniczek do przetarcia ślizgawki, gdybyśmy przypadkiem trafiły na plac zabaw. Gdy wózek jest gotowy, należy umieścić w nim Alę, złapać Zuzę za rękę i wyruszyć. Najpierw karmić kaczki, a później na ślizgawkę. Dziś jednak nie udało nam się dotrzeć na plac zabaw. Po drodze zastała nas magia.

Do kaczek mamy jakieś 5 minut drogi. Znają nas już tak dobrze, że gdy tylko pojawiamy się w zasięgu ich wzroku, wybiegają na brzeg jeziora. Jakby chciały się przywitać. Zuzu zazwyczaj wybiega do nich, a następnie razem idą w stronę pomostu. No chyba, że są też łabędzie. Te skubańce nie boją się niczego – wtedy na pomost trzeba biec, żeby same nie dobrały się do koszyczka w wózku. A przy okazji nie zrobiły komuś krzywdy. Dziś łabędzie na szczęście były daleko. Przez pierwsze chwile towarzyszyły nam jedynie kaczki.

Oparłyśmy się o poręcz i karmiłyśmy nasze dobre znajome. Słońce przyjemnie grzało nam plecy. Po kilku chwilach Zuzu zarządziła, że czas na ślizgawkę. Po drodze żegnała się jeszcze z kaczkami i wrzucała patyki do wody, więc przystanęłyśmy wszystkie trzy na brzegu. Nagle niebo pociemniało, a po jeziorze przetoczyła się ściana śniegu! Patrzyłyśmy jak zauroczone. Jak to możliwe? U nas śniegu nie ma, a tam, kawałeczek dalej, jest go mnóstwo!

Po około 3 minutach i do nas przybył śnieg. Gdy wychodziłyśmy z domu, miałyśmy wiosnę, po kilkunastu minutach byłyśmy w środku zimy! Co można było zrobić? Zuza zaczęła tańczyć wśród płatków śniegu. Gdybyśmy miały piękne suknie i korony, mogłybyśmy stworzyć wspaniałą choreografię do Krainy Lodu (która z resztą w języku Zuzu nazywa się Tituto). Niestety na sukienki magii zabrakło. Ale biegałyśmy tak po brzegu, wymachując rękoma i zaśmiewając się do rozpuku. Ala nas obserwowała, a na jej twarzy malowało się zupełne zdziwienie. No cóż, też byłabym zaskoczona, gdybym zobaczyła taką scenkę.

Po chwili zmarzłyśmy i trzeba było wracać do domu. Jednak tyle, ile płatków śniegu złapałyśmy na język i w dłonie, to nasze. Kocham tak tańczyć w śniegu.

PS Oczywiście, w momencie, w którym przestąpiłyśmy próg domu, znów zaświeciło słońce. Cóż. Pogoda jest kobietą. A kobieta zmienną jest.

Deden, wa, ci

Zuza postanowiła nauczyć się liczyć. Do pięciu. Bez naszej wiedzy. Ba! Bez naszej zgody! Dlaczego? Pewnie dlatego, że nie potrafi o tę zgodę zapytać. W końcu 2 lata będzie miała dopiero za miesiąc. Jednak zupełnie nie przeszkadza jej to w chodzeniu po domu i liczeniu wszystkiego w kółko. Do pięciu. Mamy więc całą masę książek na półce. Wszystkie po pięć. W książce zaś jest mnóstwo zwierzaków. Też chadzają piątkami. Wszystkie palce również zostały zliczone. Nawet te u stóp Ali. Ale wydarzyła się tragedia.

Okazało się, że kot nie ma pięciu nóg! Straszna rzecz. Ogon za nogę robić nie może – nie to zakończenie. Wybrnąć można jedynie licząc pierwszą nogę podwójnie. Nasz kot ma więc pięć nóg. I nie można tego w żaden sposób podważyć. Była również próba liczenia tych nóg od razu od dwóch, jednak brak „deden” był zbyt uporczywy. Jak liczyć, to dokładnie! Bez pomijania! Liczyć wszystko bez wyjątku!

Ciekawe po kim ten talent matematyczny. Co prawda w podstawówce wzięłam udział w dwóch „Kangurach”, ale na tym moja błyskotliwa kariera w owej dziedzinie się skończyła. Tatę Z. również o matematyczny umysł podejrzewać nie można, ale to temat na zupełnie inną opowieść. Ważne, że Zuzu odkryła liczenie. Czekamy, co będzie dalej. Może całki?

Do babi!

Znów się zdarzyło. I to z dala od domu, u babci. Znów nudności, ból brzuszka, znów nie przyjmuje płynów… Tym razem już nie czekam. Niech mnie biorą za nadopiekuńczą matkę – jedziemy do lekarza. Tym razem pani doktor, do której udało nam się dostać jest miła i uprzejma. Dokładnie bada moją Zuzu, mimo że ta drze się, jakby ją ze skóry obdzierali. Cierpliwie stara się wytłumaczyć mojemu brzdącowi, co robi. Po kilkuminutowym badaniu prosi, bym zabrała młodą na badania do szpitala. Jest już wieczór, nigdzie indziej badań nie zrobią.

No to jedziemy szybko do domu babci, żeby spakować najpotrzebniejsze rzeczy w razie gdyby kazali nam zostać w szpitalu na noc. Bierzemy pieluszki, dużo picia, wafelki ryżowe, momo, kocysia, książkę z księżniczką i ruszamy do szpitala. Tłumaczę brzdącowi, że będzie pani doktor (na co reaguje krzykiem), ale będą też dzieci (ta informacja jest przyjęta z ogromną radością).

Na izbie przyjęć znów Zuzu drze się wniebogłosy. Co poradzić – trzeba ją osłuchać. W końcu udaje się jej wyjaśnić, że pani doktor słucha, co mówi jej brzuszek. Ucisza się na chwilę, pochlipując delikatnie. Gardełko pokazuje, gdy proszę, aby dała pani policzyć zęby. Zostałyśmy skierowane na badania. Po wynikach okaże się, czy zostajemy.

Idziemy do gabinetu zabiegowego. Zuzu jest rozżalona. Same panie, żadnych dzieci, a dodatkowo po chwili słyszy, że do domku wróci, gdy zrobi siusiu. Jest obrażona. Po chwili jej jednak przechodzi – siadamy na korytarzu i zaczynają pojawiać się dzieci. Troszkę się z nimi bawi, troszkę ogląda bajki, troszkę czyta książkę. Jednak po dwóch godzinach jest już zmęczona. Siada mi na kolanach i mówi rozżalona: „Babi. Siusiu…”. No cóż… Niewiele mogę poradzić. Musimy czekać aż będzie siusiu. Tłumaczę jej raz jeszcze, że na razie do domu nie możemy iść. Przytula się więc ze smutną minką i prosi „Ti piewa bimbała”. Takiej prośbie nie mogę odmówić.

Poszła żabka po wodę do zimnego zdroju,
A za żabką bocianek nie dał jej spokoju.
Powiedz żabko, gdzie mieszkasz, to cię odprowadzę
I pod twoim okienkiem białą różę wsadzę.
Jak ta biała przekwitnie posadzę czerwoną,
Jak czerwona przekwitnie, będziesz moją żoną.
Bimbał, bimbał bimbała i muzyczka grała,
Bocianek już odleciał, a żabka płakała.

I tak kilkanaście razy. Pół godziny później słyszę, że dziewczynki, które leżą na oddziale nucą sobie „Bimbałę”. Czyli wszyscy słyszeli moje cudowne pienia. Trudno. Zuzu prosiła, by jej śpiewać.

Tak! W końcu! Udało się! Zuzu z radością krzyczy: „Siuuusiuuu! Baaaabiiii”! Ale musimy czekać na wyniki około godziny. Mama ściemniała… Ale teraz Zuza już radośnie biegnie do dzieci. Wie, że czekamy na to, żeby pani dała nam kartkę, a jak da kartkę, możemy iść do domu. Co chwilę przybiega, by się upewnić. Pyta: „Kaka?”. „Tak, kochanie, czekamy aż nam pani da kartkę”.

Godzina się przeciąga w dwie, dzieci powoli idą już spać, ich mamy zaś piją wieczorną kawę. Zostajemy same na korytarzu. Zuzu też już zasypia na moich kolanach. Po chwili przychodzi do nas pani. Z kartką! Ale… Zaprasza do gabinetu. Zuzu jest niepocieszona. Płacze. Pani doktor zapisuje nam lekarstwa i podaje kartkę. Zuzu przez łzy mówi do niej: „Ju-juje”. To jej podziękowanie.

Gdy wychodzimy z gabinetu, mówię jej, że musimy jeszcze pożegnać się z dziećmi i ich mamami. Podchodzimy do mam pijących kawę, dziękujemy za ich towarzystwo, życzymy szybkiego powrotu do zdrowia i… W tym momencie Zuzu wyrywa mi z ręki kartkę od pani doktor i z ogromną radością krzyczy do mam: „Kaka! Babi!”. Zwycięstwo. Triumf. Jedziemy do domu.

Poranek

Budzi się rano, podnosi głowę, sprawdzając, czy ktoś już wstał. Jeśli nikogo nie zauważa, kładzie się jeszcze na kilka chwil. Na kilka minut, dopóki sobie czegoś nie przypomni. Dopóki w jej główce nie zaświta, że przecież niedaleko, z drugiej strony pokoju jest… Ala! Szybko wstaje i powtarzając w kółko imię swojej młodszej siostry, próbuje wygramolić się z łóżeczka. Najpierw wkłada nóżki między różne szczebelki i się klinuje. Nie hamuje to jednak jej entuzjazmu w żaden sposób. Stara się naprawić swój błąd. Ciężko wzdychając, sapiąc i mrucząc coś pod nosem w końcu staje na podłodze. Stąd już prosta droga!

Biegiem omija nasze łóżko, wspina się na łóżeczko najmłodszej i… „Alo! Alo!” woła roześmiana. To nic, że jej „Alo” wciąż śpi, że stara się przez sen uciec od głaszczących ją między szczebelkami łóżeczka rączek starszej siostry. W końcu przegrywa tę nierówną walkę i otwiera oczy. Uśmiecha się szeroko, a na policzkach pojawiają się rozkoszne dołki.

Wtedy do akcji wkraczam ja. Przenoszę A. na moje łóżko. Z w mgnieniu oka pojawia się tuż przy niej. Przytulają się, A. ślini Z., co Z. uznaje za pocałunki. Odwdzięcza się masowaniem brzuszka, całowaniem w ręce i stópki. Po prostu radość. Najczystsza i najpiękniejsza. Gdy już się pobawią i sobą nacieszą pada magiczne: „Mama, da dół, mniam”. Czyli, tłumacząc z mandaryńskiego: „Mamo, chodźmy na dół na śniadanie”.

Mój dzień rozpoczyna się radością.

Uciekinier

Czasami przychodzi dzień, w którym mam ochotę zostawić wszystko na jakiś czas i uciec. Ale nie na zawsze, nie tak na amen. Na chwilę. Znaleźć się gdzieś indziej. Odciąć się. Odpocząć. „Odmóżdżyć”. Po prostu zmienić otoczenie. Spotkać się z kimś spoza mojego ciasnego ostatnio świata. Na chwilę być gdzie indziej. Potrzebuję tego bardzo mocno. Czuję narastającą frustrację. I strach. Bo jeszcze dwa miesiące i znów będę uziemiona. Jeszcze bardziej niż teraz. Bo jak z dwoma maluchami uciekać? Ciężko. Poza tym – co to za ucieczka, skoro „dziecki” idą ze mną?

Na chwilę chciałabym się wyrwać od tych kochanych rączek, które kurczowo trzymają się moich nogawek, gdy robię coś w kuchni. Od tego czujnego wzroku, który nie pozwala mi się oddalić ani na chwilę bez alarmującego wrzasku. Od pytań o to gdzie coś jest, jak coś zrobić, czy czegoś nie widziałam, czy coś pamiętam, ile czegoś w coś wsypać, gdzie coś położyć, po co coś zrobiłam. Od domu, który kocham, i podwórka, które mnie zachwyca. Na chwilę uciec.

Oderwać myśli.

Póki co nie mam miejsca ucieczki. Ale muszę je znaleźć. Bo inaczej będą uciekać ode mnie.