Carpe noctem

Spotkałam niegdyś pewnego człowieka. Człowieka niezwykłego i ciekawego. Najbardziej zaskakujące było to, że zdawał się o tym nie wiedzieć. Był zachwycony światem. Chciał ogarnąć go najwięcej, jak tylko się da. Zachwycony ludźmi. W każdym widział niezwykły potencjał do przeróżnych rzeczy. Był zachwycony… Barum Rally i właściwie wszystkim, co było związane z rajdami. To było ciekawe, biorąc pod uwagę fakt, że człowiek ten przez lata nie mógł zrobić prawa jazdy. Ale już zrobił. Nie wieszajcie na nim psów. Brawo, Jack!

Poznałam go w drodze na pewien koncert. Później jakoś tak się złożyło, że odwiedzałam go regularnie. Mieszkał w wyjątkowym miejscu. W miejscu, w którym czas dla mnie mijał zupełnie inaczej. Wolniej. Lubiłam tam jeździć. Ale! Najpierw o pierwszej wizycie! Była niezapomniana.

Kiedy postanowiłam go pierwszy raz odwiedzić, spotkaliśmy się wcześniej 2 razy. Zaprosił mnie do swojego domu rodzinnego. Miałam poznać jego rodziców, brata. Miała to byc zwykła wizyta zapoznawcza, bo było wiadome, że to dłuższa znajomość – żadne tam romantyczne uniesienia. Po prostu doskonale się dogadywaliśmy. Ja, Jack, Matthew i Samuel. Ach, jak te imiona amerykańsko brzmią! Ale tak właśnie było. Od pierwszego wspólnego spotkania (mimo, że Matta i Samuela znałam wcześniej), było wiadomo, że jeszcze nie raz w tym składzie się spotkamy. Co więcej, kiedyś mi powiedzieli, że ciężko o mnie myśleć jako o dziewczynie, bo świetny ze mnie kumpel.To był chyba komplement. A przynajmniej chcę tak myśleć. Do brzegu jednak… Pierwsza wizyta.

Przyjechałam więc do J. Poznałam jego wspaniałą rodzinę, którą pokochałam całym sercem. Pierwszej nocy, kiedy już smacznie spałam, nagle dość drastycznie zostałam obudzona.
– Wstawaj, ubieraj się, coś ci pokażę.
Matko. Gdzie ja jestem? Kim jest ten koleś?! Po paru chwilach otrzeźwiałam, zaczęłam rozumieć, co mówi. Ubrałam się więc. I poszłam za nim. Na dwór. Później w jakieś krzaki. Pomyślałam sobie „Super. Idę w jakieś krzaki z kolesiem, którego ledwo znam. Gdzie twój mózg, dziewczyno?!”. Ale poszłam. Cóż. Carpe diem. A raczej carpe noctem. Bo chyba po północy było. Jakkolwiek – poszłam. W gąszczu krzaków Jack się zatrzymał, mi było zimno,  a on skierował palec w niebo i powiedział: „Patrz, Anka!”.

No niebo jak niebo. Też mam takie u siebie. I gwiazdki. Super. Czy mogę iść spać?! Ale, ale! Jedna gwiazdka się rusza! Tak! O to chodziło. „Patrz, Anka! To ISS! Widziałaś wcześniej?”. Nie widziałam. Ale teraz mogłam się przyjrzeć tej nibygwiazdce. I to nawet dość wyraźnie, bo staliśmy w tych krzakach, póki nie znikła z zasięgu wzroku. Później wróciliśmy do domu.

I taki właśnie Jack jest. Zachwycony światem. Zachwycony wszystkim, co tylko może dostrzec. Choć teraz patrzy już wspólnie z S. Dzięki temu widzi lepiej.

Reklamy

Ojciec uczy

Czas śniadania to bardzo przyjemny moment. Nie tylko chwila, w której można pożywić ciało. Można pożywić i umysł, jeśli ma się przy sobie wspaniałego Ojca Nauczyciela Życia. I tak dziś wspaniały Ojciec, matula oraz dwie córki postanowili śniadać razem. Podekscytowane dziewczynki zajęły swoje miejsca przy małym stoliku, zaś wspaniały Ojciec zaczął nakładać na talerzyki wspaniałe kiełbaski.

– To parówesie! – zakrzyknęła mała Z.
– Nie. To frankfurterki – poprawiła ten błąd matula.
I w tym momencie do rozmowy dołączył wspaniały Ojciec Nauczyciel Życia.
– A wiesz, dlaczego one się nazywają frankfurterki? Bo zostały wynalezione we Frankfurcie!
Młoda uśmiechnęła się z zupełnym brakiem zrozumienia i włożyła do buźki porządny kawałek rzeczonej frankfurterki. Z keczupem. Nie obwiniajcie mnie za ten keczup – to wina Ojca wspaniałego. Ja pałam nienawiścią do tej czerwonej substancji.
– A wiesz, dlaczego hamburger nazywa się hamburgerem? Bo został wynaleziony w Hamburgu! – Nauczyciel Życia postanowił dać dziecięciu szerszą lekcję wiedzy o świecie. – Tylko z hot-dogiem problem jest, bo nie wiadomo, skąd się wziął.

I w ten prosty sposób śniadanie stało się doskonałym narzędziem edukacyjnym. Czy przekazana wiedza była prawdziwa, dziecię będzie musiało zweryfikować na kolejnych etapach życia. Przynajmniej coś sensownego o frankfurterkach będzie wiedzieć. Wiedza jakże niezbędna.

O Alowym do rzeczywistości podejściu

Wraz z nastaniem okresu chorobowego w naszej rodzinie, odkryłam, że nasze najmłodsze dziecię jest istotą na wskroś praktyczną, a jej świat działa wedle jasno określonych zasad. To chyba najbardziej racjonalna osoba w naszym domu. Alo, bo o niej mowa, nie daje się ponieść okolicznościom! Polega na prawdach znanych i szanowanych. Do rzeczy, jednak!

Wszyscy chorujemy. Jak jeden mąż, można by rzec. Najlepiej trzymała się jednak Ala. Mimo zasmarkania ogólnego, nie dolegało jej nic więcej. W końcu, gdy cała reszta zaczęła dochodzić do siebie, układ odpornościowy Alo dał znać o tym, że przez kilka dni musiał pracować w szkodliwych warunkach i potrzebuje urlopu. Nasz maluszek dostał gorączki. Nikt by o tym nawet nie wiedział, gdyby nie przyszła o tym zakomunikować.

Koło północy podniosła się w swoim łóżeczku, chwilę pokwiliła i postanowiła przyjść do mnie. Przytuliła się na chwilę, co pozwoliło mi odkryć jej podniesioną temperaturę, i zarządziła: „Piciu”. Już biegnę, złotko kochane! Ona zaś ułożyła się wygodnie na mojej poduszce. Gdy już się napiła, znów się wtuliła i wskazując na drzwi i słabym głosem powtarzając: „Tam. Tam”. Któż by zgadł, czym rzeczone „tam” być może w tym wypadku! Dlatego też zignorowałam polecenie i delikatnie ją kołysałam. Po kilku chwilach zapytałam, czy nie wzięłaby może lekarstwa. Mały trzpiot z ulgą na mnie spojrzał, wskazał na drzwi i z uśmiechem rzekł: „Taaam!”. Czyli dziecię wie, że syropek pomoże! Wysoka świadomość istnienia.

Przyniosłam syrop, mała z radością wypiła swoją dawkę, dała mi buziaka, powiedziała: „Pa, pa” i wróciła do swojego łóżeczka. Tam wygodnie się ułożyła, przykryła kołdrą i poszła spać. Praktyczna bez reszty.