Kocham tańczyć w śniegu!

Dzień jak co dzień.
Postanowiłyśmy iść na kala, czyli na spacer. Nikt nie wie, dlaczego spacer to kala. Tak czy inaczej, chodzimy na kala. Aby iść na kala, należy założyć kuki, papi, kili bu. Dla nieznających zuzkowego śpieszę z wyjaśnieniem, że chodzi po prostu o kurtkę, czapkę, szalik i buty. Następnie tak samo należy ubrać Alę i mamę. Przy Ali można jednak pominąć bu. Gdy każdy jest gotowy, należy przygotować wózek, a mianowicie do koszyczka pod siedziskiem włożyć jedzenie dla kaczek, chusteczki higieniczne, chrupki kukurydziane i ręczniczek do przetarcia ślizgawki, gdybyśmy przypadkiem trafiły na plac zabaw. Gdy wózek jest gotowy, należy umieścić w nim Alę, złapać Zuzę za rękę i wyruszyć. Najpierw karmić kaczki, a później na ślizgawkę. Dziś jednak nie udało nam się dotrzeć na plac zabaw. Po drodze zastała nas magia.

Do kaczek mamy jakieś 5 minut drogi. Znają nas już tak dobrze, że gdy tylko pojawiamy się w zasięgu ich wzroku, wybiegają na brzeg jeziora. Jakby chciały się przywitać. Zuzu zazwyczaj wybiega do nich, a następnie razem idą w stronę pomostu. No chyba, że są też łabędzie. Te skubańce nie boją się niczego – wtedy na pomost trzeba biec, żeby same nie dobrały się do koszyczka w wózku. A przy okazji nie zrobiły komuś krzywdy. Dziś łabędzie na szczęście były daleko. Przez pierwsze chwile towarzyszyły nam jedynie kaczki.

Oparłyśmy się o poręcz i karmiłyśmy nasze dobre znajome. Słońce przyjemnie grzało nam plecy. Po kilku chwilach Zuzu zarządziła, że czas na ślizgawkę. Po drodze żegnała się jeszcze z kaczkami i wrzucała patyki do wody, więc przystanęłyśmy wszystkie trzy na brzegu. Nagle niebo pociemniało, a po jeziorze przetoczyła się ściana śniegu! Patrzyłyśmy jak zauroczone. Jak to możliwe? U nas śniegu nie ma, a tam, kawałeczek dalej, jest go mnóstwo!

Po około 3 minutach i do nas przybył śnieg. Gdy wychodziłyśmy z domu, miałyśmy wiosnę, po kilkunastu minutach byłyśmy w środku zimy! Co można było zrobić? Zuza zaczęła tańczyć wśród płatków śniegu. Gdybyśmy miały piękne suknie i korony, mogłybyśmy stworzyć wspaniałą choreografię do Krainy Lodu (która z resztą w języku Zuzu nazywa się Tituto). Niestety na sukienki magii zabrakło. Ale biegałyśmy tak po brzegu, wymachując rękoma i zaśmiewając się do rozpuku. Ala nas obserwowała, a na jej twarzy malowało się zupełne zdziwienie. No cóż, też byłabym zaskoczona, gdybym zobaczyła taką scenkę.

Po chwili zmarzłyśmy i trzeba było wracać do domu. Jednak tyle, ile płatków śniegu złapałyśmy na język i w dłonie, to nasze. Kocham tak tańczyć w śniegu.

PS Oczywiście, w momencie, w którym przestąpiłyśmy próg domu, znów zaświeciło słońce. Cóż. Pogoda jest kobietą. A kobieta zmienną jest.

Reklamy

Deden, wa, ci

Zuza postanowiła nauczyć się liczyć. Do pięciu. Bez naszej wiedzy. Ba! Bez naszej zgody! Dlaczego? Pewnie dlatego, że nie potrafi o tę zgodę zapytać. W końcu 2 lata będzie miała dopiero za miesiąc. Jednak zupełnie nie przeszkadza jej to w chodzeniu po domu i liczeniu wszystkiego w kółko. Do pięciu. Mamy więc całą masę książek na półce. Wszystkie po pięć. W książce zaś jest mnóstwo zwierzaków. Też chadzają piątkami. Wszystkie palce również zostały zliczone. Nawet te u stóp Ali. Ale wydarzyła się tragedia.

Okazało się, że kot nie ma pięciu nóg! Straszna rzecz. Ogon za nogę robić nie może – nie to zakończenie. Wybrnąć można jedynie licząc pierwszą nogę podwójnie. Nasz kot ma więc pięć nóg. I nie można tego w żaden sposób podważyć. Była również próba liczenia tych nóg od razu od dwóch, jednak brak „deden” był zbyt uporczywy. Jak liczyć, to dokładnie! Bez pomijania! Liczyć wszystko bez wyjątku!

Ciekawe po kim ten talent matematyczny. Co prawda w podstawówce wzięłam udział w dwóch „Kangurach”, ale na tym moja błyskotliwa kariera w owej dziedzinie się skończyła. Tatę Z. również o matematyczny umysł podejrzewać nie można, ale to temat na zupełnie inną opowieść. Ważne, że Zuzu odkryła liczenie. Czekamy, co będzie dalej. Może całki?