Do babi!

Znów się zdarzyło. I to z dala od domu, u babci. Znów nudności, ból brzuszka, znów nie przyjmuje płynów… Tym razem już nie czekam. Niech mnie biorą za nadopiekuńczą matkę – jedziemy do lekarza. Tym razem pani doktor, do której udało nam się dostać jest miła i uprzejma. Dokładnie bada moją Zuzu, mimo że ta drze się, jakby ją ze skóry obdzierali. Cierpliwie stara się wytłumaczyć mojemu brzdącowi, co robi. Po kilkuminutowym badaniu prosi, bym zabrała młodą na badania do szpitala. Jest już wieczór, nigdzie indziej badań nie zrobią.

No to jedziemy szybko do domu babci, żeby spakować najpotrzebniejsze rzeczy w razie gdyby kazali nam zostać w szpitalu na noc. Bierzemy pieluszki, dużo picia, wafelki ryżowe, momo, kocysia, książkę z księżniczką i ruszamy do szpitala. Tłumaczę brzdącowi, że będzie pani doktor (na co reaguje krzykiem), ale będą też dzieci (ta informacja jest przyjęta z ogromną radością).

Na izbie przyjęć znów Zuzu drze się wniebogłosy. Co poradzić – trzeba ją osłuchać. W końcu udaje się jej wyjaśnić, że pani doktor słucha, co mówi jej brzuszek. Ucisza się na chwilę, pochlipując delikatnie. Gardełko pokazuje, gdy proszę, aby dała pani policzyć zęby. Zostałyśmy skierowane na badania. Po wynikach okaże się, czy zostajemy.

Idziemy do gabinetu zabiegowego. Zuzu jest rozżalona. Same panie, żadnych dzieci, a dodatkowo po chwili słyszy, że do domku wróci, gdy zrobi siusiu. Jest obrażona. Po chwili jej jednak przechodzi – siadamy na korytarzu i zaczynają pojawiać się dzieci. Troszkę się z nimi bawi, troszkę ogląda bajki, troszkę czyta książkę. Jednak po dwóch godzinach jest już zmęczona. Siada mi na kolanach i mówi rozżalona: „Babi. Siusiu…”. No cóż… Niewiele mogę poradzić. Musimy czekać aż będzie siusiu. Tłumaczę jej raz jeszcze, że na razie do domu nie możemy iść. Przytula się więc ze smutną minką i prosi „Ti piewa bimbała”. Takiej prośbie nie mogę odmówić.

Poszła żabka po wodę do zimnego zdroju,
A za żabką bocianek nie dał jej spokoju.
Powiedz żabko, gdzie mieszkasz, to cię odprowadzę
I pod twoim okienkiem białą różę wsadzę.
Jak ta biała przekwitnie posadzę czerwoną,
Jak czerwona przekwitnie, będziesz moją żoną.
Bimbał, bimbał bimbała i muzyczka grała,
Bocianek już odleciał, a żabka płakała.

I tak kilkanaście razy. Pół godziny później słyszę, że dziewczynki, które leżą na oddziale nucą sobie „Bimbałę”. Czyli wszyscy słyszeli moje cudowne pienia. Trudno. Zuzu prosiła, by jej śpiewać.

Tak! W końcu! Udało się! Zuzu z radością krzyczy: „Siuuusiuuu! Baaaabiiii”! Ale musimy czekać na wyniki około godziny. Mama ściemniała… Ale teraz Zuza już radośnie biegnie do dzieci. Wie, że czekamy na to, żeby pani dała nam kartkę, a jak da kartkę, możemy iść do domu. Co chwilę przybiega, by się upewnić. Pyta: „Kaka?”. „Tak, kochanie, czekamy aż nam pani da kartkę”.

Godzina się przeciąga w dwie, dzieci powoli idą już spać, ich mamy zaś piją wieczorną kawę. Zostajemy same na korytarzu. Zuzu też już zasypia na moich kolanach. Po chwili przychodzi do nas pani. Z kartką! Ale… Zaprasza do gabinetu. Zuzu jest niepocieszona. Płacze. Pani doktor zapisuje nam lekarstwa i podaje kartkę. Zuzu przez łzy mówi do niej: „Ju-juje”. To jej podziękowanie.

Gdy wychodzimy z gabinetu, mówię jej, że musimy jeszcze pożegnać się z dziećmi i ich mamami. Podchodzimy do mam pijących kawę, dziękujemy za ich towarzystwo, życzymy szybkiego powrotu do zdrowia i… W tym momencie Zuzu wyrywa mi z ręki kartkę od pani doktor i z ogromną radością krzyczy do mam: „Kaka! Babi!”. Zwycięstwo. Triumf. Jedziemy do domu.

Poranek

Budzi się rano, podnosi głowę, sprawdzając, czy ktoś już wstał. Jeśli nikogo nie zauważa, kładzie się jeszcze na kilka chwil. Na kilka minut, dopóki sobie czegoś nie przypomni. Dopóki w jej główce nie zaświta, że przecież niedaleko, z drugiej strony pokoju jest… Ala! Szybko wstaje i powtarzając w kółko imię swojej młodszej siostry, próbuje wygramolić się z łóżeczka. Najpierw wkłada nóżki między różne szczebelki i się klinuje. Nie hamuje to jednak jej entuzjazmu w żaden sposób. Stara się naprawić swój błąd. Ciężko wzdychając, sapiąc i mrucząc coś pod nosem w końcu staje na podłodze. Stąd już prosta droga!

Biegiem omija nasze łóżko, wspina się na łóżeczko najmłodszej i… „Alo! Alo!” woła roześmiana. To nic, że jej „Alo” wciąż śpi, że stara się przez sen uciec od głaszczących ją między szczebelkami łóżeczka rączek starszej siostry. W końcu przegrywa tę nierówną walkę i otwiera oczy. Uśmiecha się szeroko, a na policzkach pojawiają się rozkoszne dołki.

Wtedy do akcji wkraczam ja. Przenoszę A. na moje łóżko. Z w mgnieniu oka pojawia się tuż przy niej. Przytulają się, A. ślini Z., co Z. uznaje za pocałunki. Odwdzięcza się masowaniem brzuszka, całowaniem w ręce i stópki. Po prostu radość. Najczystsza i najpiękniejsza. Gdy już się pobawią i sobą nacieszą pada magiczne: „Mama, da dół, mniam”. Czyli, tłumacząc z mandaryńskiego: „Mamo, chodźmy na dół na śniadanie”.

Mój dzień rozpoczyna się radością.