Siedem, babko!

Budziłam się rano, szybko nakładałam ubrania, w biegu zjadałam jedną kanapkę i już byłam w stodole. Wyciągałam rower i jechałam przez pola cztery kilometry do wsi obok. Ta wieś była obok nie tylko geograficznie. Ona była zawsze gdzieś obok. W rozmowach, we wspomnieniach, w historii i teraźniejszości. To tam spędziłam pierwsze trzy lata swojego życia. To tam wpadłam w choinkę podczas jednej Wigilii, czego pamiątką był obtłuczona ozdoba na czubek drzewka, którą mama, chyba tylko z sentymentu, przez wiele lat wciąż zakładała podczas świąt. To tam zaczynałam mówić pierwsze słowa, chodzić. Niszczyć ogródek, obrywając same główki kwiatów. Bo przecież były takie piękne! Ta wieś zawsze była obok.

Gdy już docierałam do celu, z impetem wjeżdżałam na podwórko dziadków. Zazwyczaj furtka była jedynie przymknięta, nie trzeba było schodzić z roweru, żeby wjechać. Wystarczyło troszkę zwolnić i po prostu wjechać w furtkę, która otwierała się na oścież pod naporem koła. Pozornie zamknięte, ale zawsze otwarte. Choć raz się zdarzyło, że przed moim przyjazdem do dziadków przyszła sąsiadka i, nie wiedząc o furtkowym zwyczaju, po prostu ją zatrzasnęła. Odkrycie tego kilkanaście minut później było dla mnie dość bolesne. Od tamtej pory zawsze już uważnie obserwowałam, czy wszystko jest tak, jak być powinno, gdy zbliżałam się do wjazdu na podwórko.

Podjeżdżałam szybko pod jedną z trzech stodół dziadka, stawiałam rower przy drzwiach, biegłam do ogródka, żeby sprawdzić, czy dziadek siedzi sobie na kanapie, którą zamontował tuż przy grządkach. Gdy tam go nie było, wracałam w okolice stodół. Bo mógł być w swoim warsztacie, w którym więcej było pamiątek z pierwszych lat jego życia w Polsce po repatriacji niż narzędzi.

– Cześć, dziadek!
– Siedem, babko!

Jak mnie ten żart bawił! A on witał się tak ze mną zawsze. Zawsze to „siedem, babko”. Nic więcej, nic innego. Nie towarzyszyło temu uściśnięcie ręki, przytulenie czy choćby pogłaskanie po głowie. Z resztą – dotyk dziadka zawsze był bardzo szorstki i nieporadny, nie lubiłam go. Miał sztywne, zgrabiałe palce. Nie mógł już ich wyprostować i jego dłonie zawsze ułożone były w daszek. Jak w dziecięcej zabawie „Palec do budki”. Gdy więc zdarzyło się już, że próbował pogłaskać czy poklepać po ramieniu, zazwyczaj było to dość bolesne albo po prostu nieprzyjemne. Zostawało to „siedem, babko”. Czekałam na to za każdym przyjazdem.

Gdy wiedział, że się zjawię, zdarzało się, że od wczesnego poranka smażył placki ziemniaczane. W ogromnych ilościach. Wyżywiłby tym wszystkich sąsiadów. Grube placki ziemniaczane robione na starym piecu z płyty. Nie mówił nigdy o tym, że zrobił je z okazji mojego przyjazdu. Gdy wchodziłam do kuchni, żeby przywitać się z babcią, ona zazwyczaj mówiła z charakterystycznym dla siebie wschodnim akcentem „O znowu placków napekł!”. Za dzieciaka próbowałam nauczyć babcię, że mówi się „napiekł”. Nie wyszło.

Pamiętam też te momenty, kiedy bawiłam się na dworze, a on wsiadał na swój rower – rozklekotanego gruchota z brązowym siodełkiem i pomarańczowymi rączkami i powoli ruszał w stronę furtki.
– Dziadek, gdzie jedziesz?
– Jadę do lasu narwać koperwasu!
Czym był ów koperwas – do dziś nie wiem. Ale z tej wycieczki po lesie dziadek zawsze przywoził mi lody, więc nie czułam silnej potrzeby odkrycia, czymże jest ta tajemnicza roślina.

Nauczył mnie też kiedyś wierszyka. Pamiętam go do dziś. Okazuje się, że nikt z moich kuzynów nie doznał takiego zaszczytu, coby być przez dziadka nauczonym wierszyka. Bo placki ziemniaczane też dostawali. Jak i lody z wycieczek po koperwas. Ale wierszyk dostałam jedynie ja.
Brzózeczko, brzózeczko, co przy drodze stoisz,
Czy ty się, brzózeczko, siekierki nie boisz?
Jakże ja brzózeczka siekierki mam się bać?
Gdzie mnie Bóg postawił, tam ja będę stać.
Nauczę tego wierszyka swoje dzieci. Dziedzictwo po moim dziadku.

Ostatnie wspomnienie z nim – kilka dni przed jego odejściem… Przyjechałam ze studiów, żeby go odwiedzić. Na dworze zaczynało robić się ciepło. Dziadek był już w nie najlepszym stanie. Dlatego nie znalazłam go ani na kanapie przy grządkach, ani w warsztacie. Siedział w piżamie na skraju łóżka. Wychudzony, z zaszklonymi oczami. Wydawał mi się taki mały. Mój dziadek – najsilniejszy człowiek, jakiego znałam. Przysiadłam się do niego i go przytuliłam. Opierał się. Nie lubił czułości. Zaczął pytać o studia, o to, jak mi się żyje w dużym mieście, o to, czy mam jakiegoś kawalera. Dziś żałuję, że mój mąż nigdy nie miał okazji go poznać.
Gdy już skończyły się tematy do rozmowy, dziadek zamilkł. Posiedział tak chwilę i mnie przytulił. Tymi sztywnymi palcami przyciągnął mnie do siebie i nieporadnie objął. „Kocham cię, wnuczko”. Nigdy wcześniej mi tego nie powiedział.

Reklamy

10 thoughts on “Siedem, babko!

  1. Ja też próbowałam poprawiać błędy gramatyczne – i dziadka i babci. Też nie wyszło.
    Co do samego tekstu, wzruszający. Naprawdę przyjemnie się czytało, aż wspomnienia wracają ^^

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s