Uciekinier

Czasami przychodzi dzień, w którym mam ochotę zostawić wszystko na jakiś czas i uciec. Ale nie na zawsze, nie tak na amen. Na chwilę. Znaleźć się gdzieś indziej. Odciąć się. Odpocząć. „Odmóżdżyć”. Po prostu zmienić otoczenie. Spotkać się z kimś spoza mojego ciasnego ostatnio świata. Na chwilę być gdzie indziej. Potrzebuję tego bardzo mocno. Czuję narastającą frustrację. I strach. Bo jeszcze dwa miesiące i znów będę uziemiona. Jeszcze bardziej niż teraz. Bo jak z dwoma maluchami uciekać? Ciężko. Poza tym – co to za ucieczka, skoro „dziecki” idą ze mną?

Na chwilę chciałabym się wyrwać od tych kochanych rączek, które kurczowo trzymają się moich nogawek, gdy robię coś w kuchni. Od tego czujnego wzroku, który nie pozwala mi się oddalić ani na chwilę bez alarmującego wrzasku. Od pytań o to gdzie coś jest, jak coś zrobić, czy czegoś nie widziałam, czy coś pamiętam, ile czegoś w coś wsypać, gdzie coś położyć, po co coś zrobiłam. Od domu, który kocham, i podwórka, które mnie zachwyca. Na chwilę uciec.

Oderwać myśli.

Póki co nie mam miejsca ucieczki. Ale muszę je znaleźć. Bo inaczej będą uciekać ode mnie.

Listonosz

Gdzieś o tym powiedzieć muszę. Bo jak długo można trzymać to wszystko w tajemnicy? Jak długo można skrywać tak istotne kwestie? W końcu będzie to tak człowieka dręczyło, że odbierze wszelką radość i entuzjazm. Sprawi, że każdy dzień będzie szary i ponury, nawet jeśli słońce będzie świecić z całych sił. Dlatego muszę gdzieś o tym powiedzieć. Bez względu na konsekwencje.

Mam dziecko z listonoszem. Brzmi banalnie. Jak z kiepskiego kawału. Tego, który kończy się słowami „listonosz zawsze puka dwa razy”. Czasami jednak historie, jakie pojawiają się w naszym życiu wyglądają, jakby scenariusz napisał jakiś niepełnosprytny grafoman, chcący za wszelką cenę coś napisać. Nie mamy na to większego wpływu przecież!
Podobnie wygląda kwestia posiadania dziecka z listonoszem. Kiepski pomysł na scenariusz. Chyba, że do „Trudnych spraw”. Tam takie historie mają wzięcie. I to ogromne.

Anna, lat 24, ma dziecko z listonoszem: To wymknęło się spod kontroli… Nie spodziewałam się, że może się skończyć w taki sposób… Nie wiem, jak o tym powiedzieć rodzinie…
[kobieta ukrywa twarz w dłoniach; słychać cichy szloch i pukanie do drzwi; kamera najeżdża na otwierane drzwi, w których staje zaskoczony listonosz]
Mateusz, lat 28, listonosz: Dziecko? Moje? Jakie dziecko? Niemożliwe chyba… Choć… Ludzie, nie wiem, co mam zrobić…
[mężczyzna jest wyraźnie zakłopotany, zaczyna unikać kamery, wycofuje się na klatkę schodową i w końcu ucieka; polecone same się nie rozniosą]

A później babcia mojego męża przez tydzień by przeżywała, że widziała w „Trudnych sprawach” taką historię, że listonosz zrobił dziecko jednej z mieszkanek bloku, w którym dostarczał listy. I ze strachu przed tak niecnymi listonoszami, przestanie otwierać drzwi swojemu, bo kto wie, co może siedzieć w głowie takiemu człowiekowi!

Jednak odbiegam od tematu. Mam dziecko z listonoszem. Dziecko ma ponad rok. Rozwija się fantastycznie. Jest najradośniejszym dzieckiem, jakie znam. A co więcej… Choć też ciężko o tym mówić – spodziewam się kolejnego dziecka. Jak się okazuje, również z listonoszem.

Mateusz, mój mąż, znów dostał pracę na poczcie.

Mi.

Spotkałam ją na pewnej imprezie, na którą pojechałam z mężem. Właściwie to nawet za dużo tam nie porozmawiałyśmy. Siedziałyśmy przy jednym stoliku z kilkorgiem innych osób. Mój mąż pogrążony był w rozmowie z niezwykle utalentowanym informatykiem, który swój talent zdołał przekuć na naprawdę ogromne (z naszej perspektywy) pieniądze. Ja żartowałam sobie z bardzo sympatycznym chłopakiem, który pracuje w dużej i znanej firmie kosmetycznej. Ona siedziała z dwiema dziewczynami i jeszcze jednym chłopakiem obok i od czasu do czasu włączała się do naszych rozmów. Zupełnie niezobowiązująco. Na przykład pytając, czy chcemy spróbować jakiegoś dziwnego smakowego piwa, które zamówiła. Gdy zbieraliśmy się do domu, dała mi swoją wizytówkę i zniknęła w tłumie.

Przez kilka dni od imprezy wymieniłyśmy kilka SMSów. Ta dziewczyna prowadziła życie, o jakim niegdyś marzyłam. Jej zainteresowania w dużej mierze pokrywały się z moimi. Była świetnie wykształcona, niezwykle zdolna, miała odpowiedzialną i dobrze płatną pracę, wiele podróżowała. Zdawała się jednak trochę zbyt dorosła, jak na swój wiek. Była jedynie rok ode mnie starsza. Ale myśląc o niej, pojawia się w mojej głowie hasło „kobieta sukcesu”. Z całą pewnością udało jej się osiągnąć sukces.

Po kilku dniach dostałam od niej bardzo długą wiadomość o tym, że ma dość. Dość pracy, studiów, tego, co wokół niej. Że jest zmęczona, zestresowana, w jej życiu ostatnio było dużo problemów rodzinnych, że już wymięka. Nie miałam, jak jej pomóc. Zaproponowałam, żeby przyjechała na kilka dni do nas na wieś. Zapewniłam, że znajdę jej zajęcie (trzeba było zebrać winogrona i przerobić na sok). I że dostanie pokój, łóżko, ręcznik i dostęp do lodówki. Zgodziła się. Miała zjawić się kilka dni później.

Jeden z moich bliskich znajomych wyśmiał mój pomysł. Nie mógł się nadziwić, że zaprosiłam kogoś, kogo zupełnie nie znam. Wiem, to było lekkomyślne. W pewnym momencie zaczęłam myśleć, jak się wykręcić z tej propozycji… Ale później przyszła pewność, że to zaproszenie było czymś właściwym.

Przyjechała na kilka dni. Gotowała (jej zupa dyniowa to coś doskonałego!), chodziła na spacery dookoła jeziora, grabiła liście, zbierała winogrona. Chodziła w skarpetkach zrobionych przez babcię Mateusza i w ogromnym swetrze, który dostałam kiedyś od teściowej. Wysypiała się. Rozmawiała ze mną o wszystkim. Grała z nami w grę planszową dla dzieci, którą przywiozła ze sobą. A ja widziałam, że odżywa. Że te małe wakacje to coś istotnego. I dla niej, i dla mnie. Pojawiła się między nami nić porozumienia. Nić łącząca świat kobiety sukcesu i matki polki kury domowej. Ja potrzebowałam zainspirować się jej tempem życia, ona potrzebowała odpocząć w spokoju, w jakim żyje nasza rodzina. Potrzebowałyśmy się nawzajem. Choć zdawać by się mogło, że żyjemy w zupełnie innych światach.

W przyszłym tygodniu znów przyjeżdża. Nie mogę się doczekać.

Lokator

– To jak, już pani chce wiedzieć, jaka płeć?
Lekarz już piąty raz powtarza to pytanie z nadzieją. W gruncie rzeczy mu się nie dziwię. Łatwiej by mu było ze mną rozmawiać podczas badania. A tak musi biedny kombinować. „O jaką piękną nóżkę ma… to dziecko”, „Proszę zobaczyć, jak ładnie wyglądają plecki… naszego bobaska”. Nagimnastykuje się człowiek, że hej! A jak się boi! Bo ostatnia pani, która nie chciała wiedzieć, jaka jest płeć jej lokatora, rozpłakała się, gdy niechcący się wygadał…

A ja nie chcę wiedzieć. Dobrze mi w tej nieświadomości. Nie zżera mnie ciekawość. Nie mamy nawet wytypowanych imion, choć zostało niewiele ponad dwa miesiące. Czasem się śmieję, że zaraz po porodzie M. weźmie małego lokatora, który lokatorem być już przestanie, podniesie do góry i wypowie imię. Gorzej jeśli poniosą go wodze fantazji i wykorzystując funkcję kreacyjną języka, wypowie sakramentalne: „Nadaję ci imię Romuald!”. Czy tam inną Hildegardę wymyśli. Albo zaczerpnie z historii mojej rodziny i dziecko nazwie po bracie mojego dziadka. I będzie Alfons. Tak czy inaczej – czasami się śmieję, że tak będzie, a czasami wydaje mi się, że to dobry pomysł. Nie ten z Alfonsem, ale ten z nadaniem imienia przez mojego męża. Choć on broni się rękoma i nogami.

Dziś mieliśmy możliwość oglądać maluszka za pomocą trójwymiarowego USG. Tak naprawdę to od początku lekarz nam potomka w 3d pokazywał, ale początkowo wyglądał on jak noworodek królika, więc nie robił na mnie wielkiego wrażenia. Ale dziś wrażenie zrobił. Przestał się w końcu we mnie wtulać i pokazał swoją buźkę. Nie mogłam się napatrzyć. Wcześniej wydawało mi się, że nie będę widziała wielkiej różnicy w porównaniu z Młodą. Ale dziś ujrzałam zupełnie inne dziecko. Niepodobne do żadnego innego. Wyjątkowe. Niepowtarzalne. Nowe istnienie. Tak bardzo różne od wszystkich innych.

I wydaje mi się, że to chłopiec.

Kokosznik

Kocham tę chwilę tuż przed ułożeniem jej na poduszce i rozpoczęciem rytuału bujania. Tę chwilę, którą na potrzeby własne (i jej, choć nie miała jak wyrazić swojej opinii na ten temat) nazwałam „kokoszeniem się”. Kocham tę chwilę, w której widzę, że z niecierpliwością czeka na to, jak będę ją łaskotać, zaczepiać, podszczypywać i całować. Leży cała nieruchoma, z szeroko otwartymi oczkami i tym przerozkosznym uśmiechem na ustach. Coś pięknego. Chciałabym wówczas zatrzymać czas i móc patrzeć na nią godzinami. Tak jednak nie można. Trzeba się zająć kokoszeniem przecież!

Wygłupiamy się kilka chwil. W ferworze tych zabawnych czułostek i śmiechów znikają wszystkie myśli, jakie zaprzątały moją głowę wcześniej. Chwilowy reset. Wrócą, jak tylko wręczę jej butelkę i zacznę bujać. Jednak podczas kokoszenia się na kilka chwil cały świat schodzi na dalszy plan. Mogę się przytulać do niej, ile mi się żywnie podoba. Całować ją i łaskotać. A ona odwzajemnia mi to wszystko z dziką radością. Poza tymi momentami jest niewiele chwil, w których wyraża chęć na czułości. Nie lubi przytulania czy buziaczków. Chyba, że trzeba pokazać komuś, że potrafi. Ale sama z siebie decyduje się na nie w takich ilościach właśnie podczas tego naszego wieczornego rytuału kokoszenia się.

Kocham te chwile, bo gdy przytulam swój policzek do jej buzi, napełniam się wielką energią i chęcią życia. Przytulając ją do siebie, całując ręce, nogi, łaskocząc w brzuszek, czuję, jak w żadnym innym momencie, że ona to część mnie. Że mnie dopełnia. Że bez niej czułabym się w pewien sposób wybrakowana. Gdybym tylko potrafiła wyrazić, jak bardzo ją kocham!

Po kilku minutach kokosznik męczy się tą zabawą na dobranoc. Uśmiecha się z mniejszym entuzjazmem, odsuwa moją twarz od siebie, z nadzieją spogląda na butlę. A ja nie mogę się nadziwić, że taki mały człowiek może przynieść tyle szczęścia. Że każde jej przytulenie się do mnie jest na wagę złota. Ba! Cenniejsze! Że przewróciła mój świat do góry nogami. Nie dlatego, że byłam zmuszona coś zmienić z jej powodu. Ale dlatego, że jej istnienie wyzwoliło we mnie takie uczucia, o jakie nigdy bym się nie podejrzewała.

Babskie czytadła

Zaczęłam czytać kolejną „babską” książkę polskiej autorki. Nie znoszę literatury dla kobiet. Swoją drogą, zauważyliście, że słowa „literatura kobieca” bardzo często przywołują skojarzenia z literaturą niekoniecznie wymagającą, niosącą ze sobą jakieś wartości? Przynajmniej ja tak to odbieram… Ale do rzeczy. Kolejna książka dla kobiet. Dlaczego czytam, skoro nie znoszę? Bo czytam wszystkie książki, jakie posiadam. A odkąd wprowadziłam się do domku na wsi, w spadku otrzymałam również zestaw książek właścicielki domu. A wśród nich cały zestaw „babskich czytadeł”. Czytam więc.

A książka opowiada historię niepełnosprawnej dziewczyny, która mieszka zamknięta w czterech ścianach, osaczona rodziną, która nie pozwala jej na samodzielność. Bohaterka właściwie egzystuje zamiast żyć. Ale przychodzi dla jej życia miła odmiana – wyjeżdża na wieś. A tam w ciągu kilku dni pół wsi się z nią zaprzyjaźnia, wszyscy chcą ją poznać, bez najmniejszego kłopotu przyjmują ją do swojej społeczności. Dziewczyna odżywa.

To dość standardowy scenariusz: osoba nieusatysfakcjonowana swoim życiem wyjeżdża na wieś, a tam już wszyscy czekają na nią z otwartymi ramionami. Co za piękny obrazek! Wsie takie przyjazne, ich mieszkańcy tacy kochani i otwarci! Nic tylko się wyprowadzić!

Wyprowadziłam się. Na piękną, malutką wieś nad jeziorem. Do domu z ogródkiem, który znajduje się około dwustu metrów do jeziora. Dookoła rosną piękne lasy. Wieś, jak z idealnej powieści kobiecej! Jest tu tak wiele miejsc, w które można iść na romantyczny spacer! Łabędzie i kaczki stadami pływają po jeziorze. W lasach dokoła jest cała masa urokliwych polan, na których można robić pikniki czy po prostu odpoczywać z książką w ręku.

Mieszkam tu już prawie rok. Znam panią ze sklepu, sąsiada z naprzeciwka i rodzinę mieszkającą obok (która bardzo mocno w rozmowach daje nam do zrozumienia, że nie za bardzo chcieli nas za sąsiadów – chcieli odkupić dom od właścicieli, żeby nikt w tym domu nie zamieszkał). W pierwszych dniach, tygodniach, miesiącach nie spotkałam tych wspaniałych mieszkańców wsi opisywanych tak często w literaturze kobiecej. Nikt nie czekał na mnie z otwartymi ramionami. Ba! Sąsiadka obok w kółko szukała potwierdzenia, że wprowadzamy się tu na krótko.

Nie mam do nikogo pretensji o to. Wiem, że na relacje potrzeba czasu. I ten czas powolutku wykorzystuję – w tym tygodniu umówiłam się na kawę z kobietą mieszkającą z drugiej strony wsi! Po prostu śmieszy mnie ten sielankowy obraz, jaki tak często pojawia się szczególnie w polskiej literaturze kobiecej (a może jestem tak cięta na ten rodzaj powieści, że tylko w nim to zauważam). Ale nic to! Doczytam książkę do końca! Łatwiej mi będzie znieść to niż fakt, że mam na półkach książki, o których nic nie wiem!

Siedem, babko!

Budziłam się rano, szybko nakładałam ubrania, w biegu zjadałam jedną kanapkę i już byłam w stodole. Wyciągałam rower i jechałam przez pola cztery kilometry do wsi obok. Ta wieś była obok nie tylko geograficznie. Ona była zawsze gdzieś obok. W rozmowach, we wspomnieniach, w historii i teraźniejszości. To tam spędziłam pierwsze trzy lata swojego życia. To tam wpadłam w choinkę podczas jednej Wigilii, czego pamiątką był obtłuczona ozdoba na czubek drzewka, którą mama, chyba tylko z sentymentu, przez wiele lat wciąż zakładała podczas świąt. To tam zaczynałam mówić pierwsze słowa, chodzić. Niszczyć ogródek, obrywając same główki kwiatów. Bo przecież były takie piękne! Ta wieś zawsze była obok.

Gdy już docierałam do celu, z impetem wjeżdżałam na podwórko dziadków. Zazwyczaj furtka była jedynie przymknięta, nie trzeba było schodzić z roweru, żeby wjechać. Wystarczyło troszkę zwolnić i po prostu wjechać w furtkę, która otwierała się na oścież pod naporem koła. Pozornie zamknięte, ale zawsze otwarte. Choć raz się zdarzyło, że przed moim przyjazdem do dziadków przyszła sąsiadka i, nie wiedząc o furtkowym zwyczaju, po prostu ją zatrzasnęła. Odkrycie tego kilkanaście minut później było dla mnie dość bolesne. Od tamtej pory zawsze już uważnie obserwowałam, czy wszystko jest tak, jak być powinno, gdy zbliżałam się do wjazdu na podwórko.

Podjeżdżałam szybko pod jedną z trzech stodół dziadka, stawiałam rower przy drzwiach, biegłam do ogródka, żeby sprawdzić, czy dziadek siedzi sobie na kanapie, którą zamontował tuż przy grządkach. Gdy tam go nie było, wracałam w okolice stodół. Bo mógł być w swoim warsztacie, w którym więcej było pamiątek z pierwszych lat jego życia w Polsce po repatriacji niż narzędzi.

– Cześć, dziadek!
– Siedem, babko!

Jak mnie ten żart bawił! A on witał się tak ze mną zawsze. Zawsze to „siedem, babko”. Nic więcej, nic innego. Nie towarzyszyło temu uściśnięcie ręki, przytulenie czy choćby pogłaskanie po głowie. Z resztą – dotyk dziadka zawsze był bardzo szorstki i nieporadny, nie lubiłam go. Miał sztywne, zgrabiałe palce. Nie mógł już ich wyprostować i jego dłonie zawsze ułożone były w daszek. Jak w dziecięcej zabawie „Palec do budki”. Gdy więc zdarzyło się już, że próbował pogłaskać czy poklepać po ramieniu, zazwyczaj było to dość bolesne albo po prostu nieprzyjemne. Zostawało to „siedem, babko”. Czekałam na to za każdym przyjazdem.

Gdy wiedział, że się zjawię, zdarzało się, że od wczesnego poranka smażył placki ziemniaczane. W ogromnych ilościach. Wyżywiłby tym wszystkich sąsiadów. Grube placki ziemniaczane robione na starym piecu z płyty. Nie mówił nigdy o tym, że zrobił je z okazji mojego przyjazdu. Gdy wchodziłam do kuchni, żeby przywitać się z babcią, ona zazwyczaj mówiła z charakterystycznym dla siebie wschodnim akcentem „O znowu placków napekł!”. Za dzieciaka próbowałam nauczyć babcię, że mówi się „napiekł”. Nie wyszło.

Pamiętam też te momenty, kiedy bawiłam się na dworze, a on wsiadał na swój rower – rozklekotanego gruchota z brązowym siodełkiem i pomarańczowymi rączkami i powoli ruszał w stronę furtki.
– Dziadek, gdzie jedziesz?
– Jadę do lasu narwać koperwasu!
Czym był ów koperwas – do dziś nie wiem. Ale z tej wycieczki po lesie dziadek zawsze przywoził mi lody, więc nie czułam silnej potrzeby odkrycia, czymże jest ta tajemnicza roślina.

Nauczył mnie też kiedyś wierszyka. Pamiętam go do dziś. Okazuje się, że nikt z moich kuzynów nie doznał takiego zaszczytu, coby być przez dziadka nauczonym wierszyka. Bo placki ziemniaczane też dostawali. Jak i lody z wycieczek po koperwas. Ale wierszyk dostałam jedynie ja.
Brzózeczko, brzózeczko, co przy drodze stoisz,
Czy ty się, brzózeczko, siekierki nie boisz?
Jakże ja brzózeczka siekierki mam się bać?
Gdzie mnie Bóg postawił, tam ja będę stać.
Nauczę tego wierszyka swoje dzieci. Dziedzictwo po moim dziadku.

Ostatnie wspomnienie z nim – kilka dni przed jego odejściem… Przyjechałam ze studiów, żeby go odwiedzić. Na dworze zaczynało robić się ciepło. Dziadek był już w nie najlepszym stanie. Dlatego nie znalazłam go ani na kanapie przy grządkach, ani w warsztacie. Siedział w piżamie na skraju łóżka. Wychudzony, z zaszklonymi oczami. Wydawał mi się taki mały. Mój dziadek – najsilniejszy człowiek, jakiego znałam. Przysiadłam się do niego i go przytuliłam. Opierał się. Nie lubił czułości. Zaczął pytać o studia, o to, jak mi się żyje w dużym mieście, o to, czy mam jakiegoś kawalera. Dziś żałuję, że mój mąż nigdy nie miał okazji go poznać.
Gdy już skończyły się tematy do rozmowy, dziadek zamilkł. Posiedział tak chwilę i mnie przytulił. Tymi sztywnymi palcami przyciągnął mnie do siebie i nieporadnie objął. „Kocham cię, wnuczko”. Nigdy wcześniej mi tego nie powiedział.