Życie i śmierci

Jak tu 3-latce wyjaśnić kwestie życia i śmierci? Już zauważa pewne zmiany – pyta o osoby, które już nie żyją, już nie można ciągle mówić, że „kotek się opala przy drodze”. Nadal mam problem z tym, jak jej o tym mówić.

Ale okazuje się, że to tylko mój problem. Ona przyswoiła kwestie życia i śmierci bardzo szybko i bez żadnych traum.

– Tato! A wiesz co?! – Woła z ogromną ekscytacją, jak tylko M. pojawi się w domu. – Wiesz co?! Byłam dziś na spacerze z mamą i Alusieńką!
Spodziewam się więc, że opowie o placu zabaw, o tych krowach, co im trawę rzucałyśmy, czy kurach, które miały doskonałą ucztę przyrządzoną przez dziewczyny przy pomocy chrupków kukurydzianych. Uśmiecham się więc na myśl o tych wspomnieniach i czekam aż usłyszę, jak to wyglądało z perspektywy mojej małej Zuzu.
– Tato! A wiesz co?! Widziałam dzisiaj zdechłego kota! Nie słuchał mamy swojej i go samochód przejechał! I on tak leży koło drogi! Taki rozjechany!
Cóż, krowy i kury przegrały ze zdechłym kotem, trudno.

Dziś mieliśmy okazję znów spojrzeć na kwestię śmierci z perspektywy naszej pierworodnej. Słonko grzeje, ptaszki śpiewają, rodzinka siedzi na dworze – sielanka. Do czasu aż pojawia się kot i z dumą prezentuje nam upolowanego kreta. Zuza jest zachwycona! Nie widziała nigdy kreta na żywo. Choć ciężko o nim mówić „na żywo”. Tak czy inaczej – rzeczywisty nieżywy kret widziany na żywo przez Zuzu. Gdy minął czas oglądania, dziadek wyniósł krecika na pole – po kreciemu: „Z ziemi powstałeś, do ziemi wrócisz”.

Zdawać by sie mogło, że kwestia kreta została literalnie pogrzebana. Temat skończony. Jednak nie dla Zuzu. Poszła szukać kota. Stanęła przed nim, pogroziła mu paluszkiem i rzekła:
– Kot! Dlaczego zdechłeś krecika?
Kiedy nie usłyszała odpowiedzi, uznała, że ten rozmówca nie jest godny jej czasu. Przyszła z powrotem do nas, mając doskonały plan!

– Tato, a mogę iść na pole, żeby zobaczyć, jak dziadek krecika zasadził?
Krąg życia. Kret nam na polu wyrośnie. Plon będzie obfity.

Carpe noctem

Spotkałam niegdyś pewnego człowieka. Człowieka niezwykłego i ciekawego. Najbardziej zaskakujące było to, że zdawał się o tym nie wiedzieć. Był zachwycony światem. Chciał ogarnąć go najwięcej, jak tylko się da. Zachwycony ludźmi. W każdym widział niezwykły potencjał do przeróżnych rzeczy. Był zachwycony… Barum Rally i właściwie wszystkim, co było związane z rajdami. To było ciekawe, biorąc pod uwagę fakt, że człowiek ten przez lata nie mógł zrobić prawa jazdy. Ale już zrobił. Nie wieszajcie na nim psów. Brawo, Jack!

Poznałam go w drodze na pewien koncert. Później jakoś tak się złożyło, że odwiedzałam go regularnie. Mieszkał w wyjątkowym miejscu. W miejscu, w którym czas dla mnie mijał zupełnie inaczej. Wolniej. Lubiłam tam jeździć. Ale! Najpierw o pierwszej wizycie! Była niezapomniana.

Kiedy postanowiłam go pierwszy raz odwiedzić, spotkaliśmy się wcześniej 2 razy. Zaprosił mnie do swojego domu rodzinnego. Miałam poznać jego rodziców, brata. Miała to byc zwykła wizyta zapoznawcza, bo było wiadome, że to dłuższa znajomość – żadne tam romantyczne uniesienia. Po prostu doskonale się dogadywaliśmy. Ja, Jack, Matthew i Samuel. Ach, jak te imiona amerykańsko brzmią! Ale tak właśnie było. Od pierwszego wspólnego spotkania (mimo, że Matta i Samuela znałam wcześniej), było wiadomo, że jeszcze nie raz w tym składzie się spotkamy. Co więcej, kiedyś mi powiedzieli, że ciężko o mnie myśleć jako o dziewczynie, bo świetny ze mnie kumpel.To był chyba komplement. A przynajmniej chcę tak myśleć. Do brzegu jednak… Pierwsza wizyta.

Przyjechałam więc do J. Poznałam jego wspaniałą rodzinę, którą pokochałam całym sercem. Pierwszej nocy, kiedy już smacznie spałam, nagle dość drastycznie zostałam obudzona.
– Wstawaj, ubieraj się, coś ci pokażę.
Matko. Gdzie ja jestem? Kim jest ten koleś?! Po paru chwilach otrzeźwiałam, zaczęłam rozumieć, co mówi. Ubrałam się więc. I poszłam za nim. Na dwór. Później w jakieś krzaki. Pomyślałam sobie „Super. Idę w jakieś krzaki z kolesiem, którego ledwo znam. Gdzie twój mózg, dziewczyno?!”. Ale poszłam. Cóż. Carpe diem. A raczej carpe noctem. Bo chyba po północy było. Jakkolwiek – poszłam. W gąszczu krzaków Jack się zatrzymał, mi było zimno,  a on skierował palec w niebo i powiedział: „Patrz, Anka!”.

No niebo jak niebo. Też mam takie u siebie. I gwiazdki. Super. Czy mogę iść spać?! Ale, ale! Jedna gwiazdka się rusza! Tak! O to chodziło. „Patrz, Anka! To ISS! Widziałaś wcześniej?”. Nie widziałam. Ale teraz mogłam się przyjrzeć tej nibygwiazdce. I to nawet dość wyraźnie, bo staliśmy w tych krzakach, póki nie znikła z zasięgu wzroku. Później wróciliśmy do domu.

I taki właśnie Jack jest. Zachwycony światem. Zachwycony wszystkim, co tylko może dostrzec. Choć teraz patrzy już wspólnie z S. Dzięki temu widzi lepiej.

Ojciec uczy

Czas śniadania to bardzo przyjemny moment. Nie tylko chwila, w której można pożywić ciało. Można pożywić i umysł, jeśli ma się przy sobie wspaniałego Ojca Nauczyciela Życia. I tak dziś wspaniały Ojciec, matula oraz dwie córki postanowili śniadać razem. Podekscytowane dziewczynki zajęły swoje miejsca przy małym stoliku, zaś wspaniały Ojciec zaczął nakładać na talerzyki wspaniałe kiełbaski.

– To parówesie! – zakrzyknęła mała Z.
– Nie. To frankfurterki – poprawiła ten błąd matula.
I w tym momencie do rozmowy dołączył wspaniały Ojciec Nauczyciel Życia.
– A wiesz, dlaczego one się nazywają frankfurterki? Bo zostały wynalezione we Frankfurcie!
Młoda uśmiechnęła się z zupełnym brakiem zrozumienia i włożyła do buźki porządny kawałek rzeczonej frankfurterki. Z keczupem. Nie obwiniajcie mnie za ten keczup – to wina Ojca wspaniałego. Ja pałam nienawiścią do tej czerwonej substancji.
– A wiesz, dlaczego hamburger nazywa się hamburgerem? Bo został wynaleziony w Hamburgu! – Nauczyciel Życia postanowił dać dziecięciu szerszą lekcję wiedzy o świecie. – Tylko z hot-dogiem problem jest, bo nie wiadomo, skąd się wziął.

I w ten prosty sposób śniadanie stało się doskonałym narzędziem edukacyjnym. Czy przekazana wiedza była prawdziwa, dziecię będzie musiało zweryfikować na kolejnych etapach życia. Przynajmniej coś sensownego o frankfurterkach będzie wiedzieć. Wiedza jakże niezbędna.

O Alowym do rzeczywistości podejściu

Wraz z nastaniem okresu chorobowego w naszej rodzinie, odkryłam, że nasze najmłodsze dziecię jest istotą na wskroś praktyczną, a jej świat działa wedle jasno określonych zasad. To chyba najbardziej racjonalna osoba w naszym domu. Alo, bo o niej mowa, nie daje się ponieść okolicznościom! Polega na prawdach znanych i szanowanych. Do rzeczy, jednak!

Wszyscy chorujemy. Jak jeden mąż, można by rzec. Najlepiej trzymała się jednak Ala. Mimo zasmarkania ogólnego, nie dolegało jej nic więcej. W końcu, gdy cała reszta zaczęła dochodzić do siebie, układ odpornościowy Alo dał znać o tym, że przez kilka dni musiał pracować w szkodliwych warunkach i potrzebuje urlopu. Nasz maluszek dostał gorączki. Nikt by o tym nawet nie wiedział, gdyby nie przyszła o tym zakomunikować.

Koło północy podniosła się w swoim łóżeczku, chwilę pokwiliła i postanowiła przyjść do mnie. Przytuliła się na chwilę, co pozwoliło mi odkryć jej podniesioną temperaturę, i zarządziła: „Piciu”. Już biegnę, złotko kochane! Ona zaś ułożyła się wygodnie na mojej poduszce. Gdy już się napiła, znów się wtuliła i wskazując na drzwi i słabym głosem powtarzając: „Tam. Tam”. Któż by zgadł, czym rzeczone „tam” być może w tym wypadku! Dlatego też zignorowałam polecenie i delikatnie ją kołysałam. Po kilku chwilach zapytałam, czy nie wzięłaby może lekarstwa. Mały trzpiot z ulgą na mnie spojrzał, wskazał na drzwi i z uśmiechem rzekł: „Taaam!”. Czyli dziecię wie, że syropek pomoże! Wysoka świadomość istnienia.

Przyniosłam syrop, mała z radością wypiła swoją dawkę, dała mi buziaka, powiedziała: „Pa, pa” i wróciła do swojego łóżeczka. Tam wygodnie się ułożyła, przykryła kołdrą i poszła spać. Praktyczna bez reszty.

Siła doświadczenia

– Zuza, zobacz, kupiłem pomarańcze. Zrobię ci pyszny sok, chcesz?
– Nie. Nie chcę. Nie lubię.

I to by chyba było na tyle, jeśli chodzi o zdrowie, witaminki i te inne brednie, które dorośli dzieciom wciskają…

– Zuza, chodź, pomożesz mi zrobić sok z pomarańczy, ok?
– No dobla, tato.

Okazało się, że to doskonały pomysł! Zuza z wielkim przejęciem trzymała połówki owoców na wyciskarce. Nie dała sobie w żaden sposób pozwolić. Bo to jej zadanie! Teraz ona! Zaaferowana zaglądała co jakiś czas, czy miąższ został już pozbawiony soku. Z całych sił przyciskała kolejne i kolejne połówki. Aż jej się rączki z wysiłku trzęsły. Ale co tam! Przecież robiła SAMA! Co chwila spoglądała w pojemnik, by sprawdzić, jak dużo soku udało jej się wycisnąć.

– Mamo! Robię sok! Sama! Będę pić!

W końcu samodzielnie zrobione smakuje najlepiej.

Wszystko zgodnie z planem!

Dnia pewnego pojawić się mieliśmy w przychodni. Żadne tam kaszle czy katary. Po prostu musieliśmy się zapisać do nowego lekarza ze względu na przeprowadzkę. Z panią w rejestracji umówiłam się na 10, więc wszystko rozplanowałam sobie doskonale! Zarządziłam wyjście z domu o 9.30. Co prawda, do przychodni mamy jakieś 4 km, więc samochodem jedzie się tam chwileczkę, jednak postanowiłam w swoim planie uwzględnić nagłe, nieprzewidziane sytuacje. Przecież to standard.

O 9.30 wszystkie byłyśmy już ubrane i gotowe do wyjścia z domu. Pozbierałam szybko jeszcze potrzebne rzeczy, wypuściłam Zuzu na dwór, wzięłam Alę na ręce i… poczułam coś, co oznaczało, że należy zmienić pieluszkę u najmniejszego szkraba. O tym właśnie myślałam w kontekście nieprzewidzianych sytuacji!
Zuzu została na dworze, ja starałam się jak najszybciej przebrać szczelnie zakutaną Alę i po kilku minutach wróciłyśmy do stanu wyjściowego. I to dosłownie. Już wychodzimy z domu!

O 9.35, w drodze do samochodu, spotkałam markotną i smutną Z. Okazało się, że ona też już wymaga przebrania. No cóż. Każdemu może się zdarzyć. Wracamy do domu! Znów szybkie przebieranie. Po kilku minutach możemy wychodzić! Posadziłam dziewczyny w samochodzie, wsiadłam za kierownicę i… Wózek! Zapomniałam zapakować wózek! No trudno. Powrót do domu po klucze do schowka.

O 9.45 w biegu chwyciłam klucze, nie zamykając nawet drzwi pobiegłam wyciągać wózek. Poszło sprawnie. Szybko zapakowałam go do bagażnika. Tym razem udało mi się nawet domknąć bagażnik. Teraz szybki bieg do domu, żeby odłożyć klucze. A tam…

O 9.50 odkryłam, że kot również nie dał rady sam się oporządzić i na środku korytarza zostawił „niespodziankę”, której zapach powodował, że mój żołądek postanowił pozbyć się śniadania. Pozbycie się kociego prezentu, znalezienie winowajcy, wyrzucenie go na podwórko i przywrócenie siebie do stanu używalności trochę zajęło.

O 10.00 w końcu wyjechałyśmy do przychodni. Wszystko poszło zgodnie z planem. Przewidziałam przecież niespodziewane okoliczności, prawda?

 

Hello!

Poszliśmy na rodzinny spacer wokół jeziora.

A. jechała swoim powozem, Z. stosowała autonogi, co cieszyło nas niezmiernie. I tak spacerowaliśmy sobie, mijając innych spacerowiczów i uśmiechając się promiennie w zwyczajowym nadjeziornym powitaniu. Szli obok nas mali i duzi, grubi i chudzi, stadnie, jak i pojedynczo, jednak pewna szczególna para zwróciła ogromną uwagę Z. W pewnym momencie minęła nas Azjatka wraz z naszym rodzimym współtowarzyszem. I mówili… w innym języku! Z. była zadziwiona, słysząc to. Przysłuchiwała się im i raz za razem ze zmartwioną miną odwracała się do nas, mówiąc:
– Nie umiem…

W końcu fascynująca Z. para zauważyła, że młoda się im uważnie przygląda i podeszli do niej. Bardzo miła pani ukucnęła przy Z. i zaczęła do niej mówić:
– Hi! How are you?
Z. ze smutną miną rozkładała rączki, powtarzając, że nie rozumie i nie umie. Zaczęłam więc tłumaczyć, czym owo „Hi!” czy późniejsze „High five” jest. Z. była zachwycona. Miła pani po chwili jednak musiała iść. Z. się zmartwiła. Patrzyła za nią smutnym wzrokiem. Para zniknęła nam z oczu, a młoda spacerowała odtąd już powoli, obmyślając najwyraźniej coś bardzo ważnego.
Zaczęłam jej więc tłumaczyć, że pani mieszka w innym kraju, mówi innym językiem, po angielsku i że ona też się kiedyś się nauczy tego języka. Jednak nie wierzyłam zbytnio w to, że Z. pojmie, o czym mówię. Przecież ma trochę ponad 2 lata. Pogadałam, pogadałam, Z. nadal szła ze spuszczoną głową kilka kroków za nami.

Nagle podbiegła do mnie.
– Mama! Haj! Umiem!

I w ten sposób spacer stał się doskonałą okazją do nauki. Z. nauczyła się angielskiego. Gdy odkryła, że potrafi powiedzieć „Haj”, próbowała dogonić miłą panią, niestety się nie udało. Ale nauka w las nie poszła!